top of page

Zbrodnia i mara

  • borowski
  • 31 lip 2020
  • 22 minut(y) czytania

Zaktualizowano: 17 cze 2021





No i stało się. Zostawiła mnie na amen. Piłem tanią whisky, myśląc, że chyba sam to na siebie ściągnąłem; zwabiłem myślami nieszczęście niczym rekina. Ot prosił, prosił i wyprosił...

***

Odeszła ode mnie z takim jednym. Kolega z pracy. Poznałem go kiedyś i gość jakoś nie budził zaufania. Ja tam nie wiem, mogło mieć to związek z faktem, że robił się nerwowy za każdym razem, kiedy się do niego odezwałem. Ale on „po prostu taki jest”. Taki jest...

Whisky po trzeciej szklance nadal smakowała paskudnie. Rozejrzałem się po pokoju. Na półce stało zdjęcie w niebieskiej ramce, którego wciąż nie potrafiłem się pozbyć. Tak jak nie potrafiłem zrobić wielu rzeczy. Nie potrafiłem nazwać jej „suką” w myślach ani nie potrafiłem się wzburzyć. Czułem jedynie wybrakowanie. I bezgraniczne, ciągłe zmęczenie. Zmęczenie o poranku, gdy chciałem ukryć się przed światem pod kołdrą i pozostać tam aż do jego końca. Zmęczenie w trakcie dnia, gdy wykonując obowiązki, myjąc naczynia lub srając, myślałem o niej. I pod jego koniec, gdy kładłem się do łóżka, paradoksalnie nie mogąc zasnąć – budzony co chwilę jakimś atakiem paniki wywołującym rzeczywisty lub wyobrażony ucisk w klatce piersiowej... Duszno.

Tej nocy takich przebudzeń miałem jeszcze więcej niż zwykle. Wskutek tego ciężar mych powiek towarzyszył mi przez cały następny dzień; czułem również niepokój. Wiecie, o czym mówię, to było to wrażenie, że ktoś z przechodniów zaraz zarzuci ci na szyję garotę. Typowe przy nieprzespanych nocach po zakrapianym... długim czasie.

Nierozważnie piłem jednak dalej, rozmyślając nad nieszczęściem, które mnie spotkało. Tak jak się robi w moim kraju oraz na filmach.

Siedziałem w pierwszym rzędzie na małej, śmierdzącej stęchlizną sali kinowej sam. Na ekranie widziałem twarz tego skurwysyna. Twarz ta za chwilę całowana była przez moją niegdysiejszą miłość życia. Przytuleni w czułym uścisku łapali się za dłonie. Potem leżeli pod jasnym kocem i, popijając wino, oglądali film. A zaraz pod ciemnym kocem, popijając piwo, oglądali serial. Aż w końcu tracili zainteresowanie i dawali się ponieść namiętności. Koc spadł, a ubrania miały wkrótce do niego dołączyć. Wyszedłem z sali kinowej, nie doczekawszy sceny, w której ona zwraca się na chwilę do mnie, z tego ekranu, zwraca się i mówi, że kibicuje mi i życzy, bym był szczęśliwy.

Zawiał jakiś silniejszy wiatr, który poderwał mnie z fotela. Lewitując z jednego kąta pokoju do drugiego, rozdmuchując przy tym chmurki kurzu, poczułem coś. Była to ta upragniona złość. Wszystko zdawało się wkraczać na właściwe tory. Baba puściła cię w trąbę, a ty się wściekasz. Jesteś twardym, złym skurwielem, jesteś furiatem. Zwariowany wariat! Tak trzymaj, chłopie, acha, porozkoszuj się chwilę tym cierpkim smakiem. Dobrze, nie tęsknisz, jesteś zły. Co z tym zrobisz, ty przystojny psychopato?

Była taka jej jedna znajoma. Z pracy. Spotkaliśmy się parę razy na piwie. My, ona, jej chłopak. Innym razem: my, ona, jej nowy chłopak, dla którego kopnęła w dupę tego pierwszego. Specyficzna dziewczyna, dziwnie się śmiała. Miała jednak coś w tych swoich mrocznych, głębokich oczach. Jakąś tajemnicę. Jakąś namiętną beznamiętność. Spojrzenie, które było pozbawione zmysłowości, a przy tym ociekało seksem. Niepojęte jakieś. A ja chciałem pojąć.

Zadzwoniłem do niej – starałem się być luźny i czarujący. Kazała mi “brać moją i wpadać”. Oberwałem po gębie. Albo po sercu. Ale czułem się jakby po gębie. Zawsze się tak czułem, zanim musiałem to powiedzieć. A musiałem mówić często, bo już taka ze mnie dusza towarzystwa. A towarzystwo pyta.

– Nie jesteśmy już razem.

„Rany, na serio?!”. Albo: „No co ty gadasz?!”. „Przykro mi, stary”. „Spokojnie, zatęskni trochę i sama wróci”. „Każdy ma jakieś kryzysy, daj jej czas”. „To już tak ostatecznie?”. „Nie myśl o tym, on był wypadkową, nie powodem”. “Wolałbyś rozwodzić się za kilka lat? A jakbyście mieli dzieci?”. ?No! To sobie poruchasz!”. „Czas leczy rany, spójrz na niego, pamiętasz, w jakim był stanie, a teraz patrz!”. „Daj sobie trochę czasu”. „Jesteś wyjątkowy, pamiętaj o tym”. „Zawsze masz nas”. „Chcę, żebyś był szczęśliwy, kibicuję ci, naprawdę mi na tym zależy”.

Kurwa. Mać.

O czym to ja mówiłem? Nie mogę sobie przypomnieć, zupełnie jak wtedy, kiedy nie mogłem przypomnieć sobie słowa „rehabilitacja”. Myślałem tak intensywnie, aż zbladłem z niemocy. Ostatnio rzeczy jakoś mi ulatują. Ach tak, jej znajoma. O tych oczach z niepokojącą iskrą. Chciałem się z nią zobaczyć. Sam na sam. A ona zgodziła się. Zaprosiła mnie nawet do swojego mieszkania.

Gdy miało już dojść do naszej schadzki, zaczęły mną targać wątpliwości. Podczas gdy wcześniej czułem determinację, by poprzez spotkanie z nią dokonać swoistego rodzaju zemsty, a jednocześnie udowodnić sobie samemu jakąś męską wartość, w momencie „zaraz przed” poczułem niepewność. Myślałem o tym, jak to dziwne, jak wywraca do góry nogami wiele różnych sytuacji sprzed kilku miesięcy. O tym, że to niewłaściwe. Co więcej, zwątpiłem w całą moją samczą charyzmę. Ze strachem pomyślałem, że co, jeśli zaproszenie do jej mieszkania nie okaże się zaproszeniem pomiędzy jej uda. Cała koncepcja legnie w gruzach. Nie będzie ani dowartościowania, ani zemsty, ani orgazmu. Co więcej, kochałem się z kobietą tak dawno, że nawet nie wiem, czy jeszcze potrafię to robić. Co, jeśli nigdy nie potrafiłem tego robić? W dodatku wieczór był chłodny, a jej dzielnica dość daleko. Stwierdziłem, iż najlepiej będzie odpuścić.

Przyjaciel jednak namówił mnie, bym tego nie robił. Nalegał, bym sprawił, żeby coś się w moim życiu wydarzyło. Kazał mi zakręcić tą karuzelą. Wyjść z domu, rozerwać się, spędzić trochę czasu z kobietą. Dał mi też dwa kondomy.

Nie wierząc w sens moich działań, wyruszyłem więc późnym wieczorem na jej osiedle. Tam wypiliśmy piwo w lokalu, który był fajny. I spędziliśmy trochę czasu na konwersacjach na tematy mniej lub bardziej ciekawe, niezbyt głębokie, ale w jakiś sposób przyjemne. Nie odczułem między nami żadnej chemii. A potem owszem, zaprosiła mnie do środka, ale skierowałem się tam bez większych nadziei.

Gdy byliśmy na miejscu, owszem, zaczęło robić się bardziej intymnie. Byłem przekonany, iż kusi mnie, nęci. Zacząłem dostrzegać, że seks, którego się w niej dopatrywałem, jest tam w istocie. Widziałem to w sposobie, w jaki się pochyla. Pośladkami w moją stronę, prosta jak struna. Widziałem to w jej uśmiechach. I kokieteryjnych zachowaniach, w ostentacyjnym patrzeniu na mój tyłek.

W mojej głowie zakręciły się małe trąby powietrzne. Jedna z nich podleciała pod mój tyłek, uniosła go i przetransportowała mnie bliżej niej. Te ciemne oczy wystrzeliły we mnie tuzin żyłek, które przyciągnęły mnie bliżej. Do jej twarzy. Haczyki tych żyłek chyba przebiły jakieś receptory odpowiadające za wstyd i niepewność. Bez żadnych oporów zbliżyłem się do jej wąskich ust. Nie było sali kinowej. Nie było zemsty. Świat na tę krótką chwilę skupił się na niej. Chciałem po prostu poczuć drugie ciało. Bez celu. Tak po prostu.

Zrobiła jednak unik. I nie kochaliśmy się tej nocy.

Jakiś czas później, skonfundowany, nie wiedząc, czy była to z jej strony kobieca strategia, czy może ja w desperacji poczucia kogoś materialnego coś sobie ubzdurałem, wróciłem do mieszkania. Wypiłem jeszcze dwa piwa i o piątej nad ranem położyłem się do łóżka. Cały czas kłębił się w mojej głowie obraz jej spojrzeń i tych pośladków tak zgrabnie wypiętych w moją stronę. Chciałem zadowolić się sam, rozpamiętując tę wizję. Zanim zdążyłem jednak zacząć, zasnąłem twardym snem, którym spałem bez nerwowych przebudzeń aż do godziny 12.40.

***

Obudziwszy się, nie byłem przekonany, co czuję. Jakąś satysfakcję z nutą nienasycenia, a jednocześnie zagubienie. Myśli o jej pośladkach wciąż były przyjemne. Poszedłem do kuchni, by zrobić sobie śniadanie. Widok z dziesiątego piętra nie przestawał imponować, mimo że miał mi do zaoferowania jedynie ciąg wysokich i szerokich bloków. Chyba wszyscy mamy kompleks Ikara, to pierwotne jak fascynacja ogniem. Było tam jednak coś więcej niż tylko te betonowe mieszkalne klocki, coś, o czym zapomniałem, a co przypominało mi się każdego ranka, gdy patrzyłem przez to okno, co każdego ranka szpeciło mój ikarowy sen. Budynek jej firmy. I nagle nie myślałem już o pięknych pośladkach, czarnych, powabnych oczach ani o tej satysfakcji, którą często daje facetowi intensywny flirt. Myślałem o niej i o nim. O tym, jak wielki obślizgły banał, taka paskudna bulwa na dwóch nogach z nieświeżym oddechem, bez pukania wtargnął z butami do mojego życia. I zabrudził parkiet. Piękny wiśniowy parkiet, który może i nie był naprawdę wiśniowy, ale przynajmniej tak wyglądał. Nabrudził, a potem schrupał ją. Adiós.

Dzień ten spędziłem w domu, przed komputerem, szukając ratunku w świecie wirtualnym. Białe pudło znajdujące się pod biurkiem zaryczało jakby z bólu, gdy nacisnąłem guzik. Hucząc, wczytywał Windowsa 98. Niektórzy mieli już XP, ale nie przekonywał mnie on. Bezwolnie powiodłem wzrokiem na kupkę płyt, które nagrał mi kumpel. Porno. Wahałem się przez moment, lecz ostatecznie nie sięgnąłem po żadną z nich. Wszedłem na Onet. Następnie: Czaty. I pokoje, najróżniejsze, tak by każdy mógł znaleźć tu coś dla siebie. Od erotomana po pryszczatego gracza komputerowego. W sumie często jeden i drugi był tym samym gościem. Internet – tak bardzo zastępujący nam rzeczywistość. Jakieś „pokoje”, na których siedzi po kilkaset osób, zamiast wyjść do ludzi... Do czego jeszcze miało dojść?

Potem pomyślałem, że może ci wszyscy ludzie są po prostu tacy sami jak ja. Nie wiedzieli, jak inaczej sobie poradzić, dlatego są tu, gdzie są. Współczesny świat zaoferował nam substytut bliskości, tak łatwo dostępny, czemu więc po niego nie sięgnąć? Piszemy najróżniejsze głupoty, tworzymy najróżniejsze wizerunki, przyjmujemy najróżniejsze pozy po to tylko, by uciec od tej prostej prawdy o nas samych, od tej prostej prawdy, która wszystkich nas łączy: jesteśmy samotni. Spojrzałem jeszcze raz na liczby przy poszczególnych pokojach i pomyślałem, jak smutnym miejscem jest ten nasz współczesny świat.

Czat jednak się już wczytywał. Więc mleko się rozlało, trudno. Ekran krzyczał do mnie coś o jakiejś wtyczce Java, ja jednak nigdy nie byłem dobrych w tych informatycznych kwestiach. Przefrunąłem przez cybernetyczny tunel z zielonych klocków i po chwili byłem w środku. Zagadałem do Moni81, bo rówieśniczka. Gadka niezbyt się kleiła, w dodatku była ze Śląska – za daleko. Atakowałem dalej. PaulkaLDZ też nie była zbyt ciekawą rozmówczynią. W dodatku wykazywała momentami cechy jakiejś… paranoi, jako że każda moja próba nawiązania zaczepnego flirtu odbierana była przez nią jako atak:

PaulkaLDZ: tango ma w sobie tyle namietnosci, romantyzmu, napiecia, to jest wszystko co lubie najbardziej :) w tancu oczywiscie

Ja: hmmm namietnosc, romantyzm, napiecie, to tez wszystko co ja lubie najbardziej. W tancu oczywiscie.

PaulkaLDZ: o co Ci teraz chodzi?? nabijasz sie ze mnie?

Próbowałem tak przez parę godzin z różnymi. Marnie to wychodziło. Uznałem, że to chyba nie dla mnie i już wolę chować się pod tą kołdrą.

***

Wypiłem więc jeszcze dwa drinki, patrząc na zdjęcie w niebieskiej ramce oddalone ode mnie o kilka metrów. Wpatrywałem się w nie intensywnie, by stwierdzić, czy to, co widzę, to prawda czy mara. Obserwowałem bowiem, jak kolory fotografii rozpływały się, tworząc bohomaz. Tarłem oczy, aż się zaczerwieniły, jednak nie pomogło. Nasze postacie zamieniły się w kolorowe strużki, które ślimaczym ruchem zataczały na ramce kręgi. Zniknął jej piękny uśmiech, zniknął mój głupawy. Byliśmy cieknącym tuszem. Nawet niebieska ramka zaczęła pocić się farbą. Byliśmy wielkim nieuporządkowaniem. Koncepcja tego wszystkiego gdzieś się zagubiła. To tylko ja, nieszczęsna dusza o twórczych zapędach, doszukiwałem się w tym artystycznym nieładnie wartości. Marzyciel. Ignorant. Tworzący sobie swoją idealną wizję. Swój światek. Swoją mydlaną bańkę nadmuchiwaną romantycznymi okolicznościami, w jakich wszystko się zaczęło. Rozpamiętywanymi, przekutymi w historię opowiadaną każdemu, opowiadaną na każdym kroku... Z tym mdłym, rozlanym na twarzy uśmiechem. Z tą naiwną dumą powodowaną przeświadczeniem, że oto urzeczywistniła się bajka. Mrzonka.

Ramka była pusta, a ja zasnąłem niespokojnym, alkoholicznym snem.

***

Ktoś kiedyś mi powiedział, że pijany nie ma żadnych snów. Ktoś inny, że ma wtedy te najdziwniejsze. Tej nocy miałem trzy takie sny.

Śniłem się sobie ja sam. Patrzyłem na siebie z boku, jak w filmie, ale to byłem ja, czułem, że to ja. Miałem włosy ostrzyżone krótko w wojskowym stylu. Na sobie miałem skórzaną kurtkę pilotkę, a w rękach kałacha. Wyjąłem z kieszeni miętową gumę do żucia w listkach, włożyłem jeden do ust, po czym przeładowałem karabin. Pewnym krokiem wparowałem do jej firmy. Puściłem krótką serię po zebranych wokół pracownikach, kilku padło. Następnie ze spokojną miną, żując gumę z otwartymi ustami, mierząc to do jednego, to do drugiego, rzekłem:

– Wypierdalać.

Tak też zrobili, a ja skierowałem się bardziej w głąb. By go odnaleźć.

Sen się jednak skończył. Wybudziłem się nerwowo, miotając przy tym intensywnie. W klatce ścisk. Uczucie paniki. Chyba nawet podniosłem się z pozycji leżącej, by opaść po sekundzie i pozwolić Morfeuszowi pastwić się nade mną dalej.

Po chwili znalazłem się w innym miejscu i w innym czasie. Posiadałem swoją własną postać, nie byłem niczyim odbiciem. Byłem sobą, patrzyłem swoimi oczami. Patrzyłem na nią. Siedziała naprzeciwko mnie ze spuszczonym wzrokiem. Co jakiś czas rzucała mi krótkie, niepewne i smutne spojrzenie. Łzy napływały jej do oczu, i łzy te rozrywały moje serce na drobiny. Dlatego, że były przepiękne. Jej delikatne rysy, tak niesamowicie strapione, tak pięknie dotknięte przez coś prawdziwego. Przez prawdziwe emocje. Prawdziwy żal. Prawdziwą tęsknotę. Prawdziwą miłość. Może te katusze i to wyrywane z mojej piersi serce były tego warte, pomyślałem. Ilu z nas na tym padole wystarczy czasu, by spotkać kogoś, kogo się kocha całym swoim jestestwem. Ilu z nas wystarczy czasu, by choć przez chwilę czuć, że jest to odwzajemnione. Może mamy tylko moment na to, by prawdziwie kochać z wzajemnością... Może na więcej nie możemy liczyć, może trzeba być wdzięcznym. Co, jeśli miłość to nie wieczność, a jedynie jej mikroskopijny wycinek?

I wtedy stało się. Ona spojrzała na mnie już pewniej, bo była pewna siebie, bo wiedziała, czego chce. I była odważna. Nie przysłaniała jej świata duma ani jakaś potrzeba gry. Była bezpośrednia jak mało która kobieta. Spojrzała na mnie tymi swoimi pięknym, normalnie tak pełnymi radości oczami. I powiedziała to, o czym marzyłem gdzieś tam głęboko w sobie, na co nie potrafiłem przestać liczyć. Świat zaczął śpiewać i tańczyć. Nie było kalkulacji, nie było odgrywania się, nie było bólu ani zranionego ego. Była tylko ona, uśmiechająca się, choć ze łzami w oczach. Zamknęła je, gdy poczuła na twarzy moją ciepłą dłoń, gdy mój kciuk musnął jej policzek. Ale otworzyła po chwili i zaśmiała się nimi do mnie, tak jak tylko ona potrafi, tak że pod klatką piersiową wybuchają iskry, tak że brakuje tchu. A potem pocałowała mnie, a jej usta były ciepłe i smakowały dobrze. Smakowały jak odzyskany dom.

Desperackim haustem złapałem powietrze, podnosząc się do siadu. Byłem tam tylko ja i czerń nocy. Ze ściskiem w gardle opadłem na poduszkę i, kręcąc głową, nie godziłem się na to, co jest jawą, a co marą. I zacisnąłem mocno powieki, z całych sił próbując tam wrócić, choćby na moment. Potrzebuję tego. Potrzebuję mojego krótkiego wycinka wieczności. Potrzebuję powrotu do Krainy Snów!

Poczułem mroźny powiew, od którego dreszcze przeszły mnie po całym ciele. Znajdowałem się na ośnieżonej półce skalnej. We wszystkie strony ciągnęła się niemal pionowa ściana. Mgła przysłaniała tak to, co u dołu, jak to u góry. Czułem jednak, iż muszę piąć się wyżej. Wspinałem się więc pośród tych płatków śniegu przecinających ukośnie powietrze niczym białe strzałki, czując przeszywające zimno i piekielne zmęczenie. Bo nie było już powrotu, a cel był wciąż niejasny. A ta niewiedza, choć bywa błogosławieństwem, wypruje człowiek z ostatka sił. Zatrzymałem się jednak na moment. Mara. Pomyślałem. Znów mara. Jestem zmęczony tym bolesnym snem. Bo to tylko sen, uderzyło mnie, podświadomy twór, a że jestem ciężkim przypadkiem, to taki kapkę bardziej metaforyczny. Banalna to jednak metafora, stwierdziłem. Wspinaczka, śnieg, zimno, brak celu... Kiczowate. Kiczowaty sen. Jestem panem swojej świadomości. I kładę kres tej marnej metaforze. Kończę tę farsę. Odmawiam uczestniczenia w tym śnie.

Wiatr jednak wiał nadal. Na tyle mocno, że z półki wyżej zdmuchnął śnieg, który wylądował na moich oczach i ustach. I był to śnieg realistycznie zimny i realistycznie mokry. Zwątpiłem więc przez chwilę. I zacząłem się bać. Dopadło mnie to uczucie. Ten brak kontroli. Ten stres, który wywraca twój żołądek do góry nogami. Ten stres, który pomaga ci się wypróżnić, jeśli akurat siedzisz na muszli klozetowej. Ale ja nie byłem na muszli klozetowej. Byłem w sytuacji kryzysowej. Byłem na zimnej ścianie. Ścianie śniegu i płaczu. Tylko że nie miałem już siły na łzy. Bo i tak by zamarzły, czyż nie? Mogłem się tylko wspinać. Mogłem tylko brnąć w tę banalną metaforę. Byłem pozostawiony bez wyboru. Postawiony w sytuacji, w której chciałbyś wierzyć, że masz inne wyjście. W której chciałbyś wierzyć, że możesz być bardziej męski, bardziej silny, niż byś chciał. Ale ja tego nie miałem, nie mogłem być taki, jakbym chciał. Bo ja chciałem się tylko obudzić. Obudzić zamiast wspinać się dalej. Wspinać się, zbyt zmęczony, by płakać, zbyt skupiony na celu, którego nie ma, by zastanawiać się, czym on jest. Już przestałem wierzyć, że to sen, więc – jakby to była jawa – myślałem, jakby od tej bolesnej chwili uciec. I uciekałem w głąb siebie, bo gdzie jeszcze mogłem uciec z tych skarp?

A tam była ona i on, więc osuwałem się w dół.

Moi przyjaciele ze szczerą troską w oczach. Którzy jednak pytali, więc osuwałem się w dół.

Moja rodzina, która pytała, więc osuwałem się w dół.

Ona i ja patrzący na siebie. Osuwałem się w dół.

I gdy moja krwista dłoń chwyciła kolejny, wystający kamień, doznałem litości. Błogosławieństwa wybudzenia się w panice, w braku powietrza, w tym fizycznym nienaturalnym ruchu. Chłonąłem łapczywie tlen z oczami szeroko otwartymi, wpatrzonymi w ciemny sufit pokoju. I nie chciałem już Krainy Snów. Nie chciałem zasnąć już nigdy więcej, więc walczyłem z powiekami ważącymi tonę. Walczyłem ze zmęczeniem, tym razem rzeczywistym, byle już nie zasnąć, byle już tam nie wracać. Walczyłem jakąś minutę lub dwie, a potem przegrałem. I zasnąłem znowu, jednak tylko po to, by leniwie dryfować. Bez radości. Bez bólu. Bez świadomości. Dryfować przez senną nieskończoność pełną kolorowych, bezkształtnych chmur i mgieł oraz jaskrawych błysków, które nic nie znaczą.

***

Tak nie można żyć, stwierdziłem, patrząc kolejnego ranka w lustro, z którego machał do mnie jakiś blady strzęp osoby. Potrzebuję snu, życiodajnego snu. Choć rzeczywistość zdawała się w tych momentach czymś odległym, niespodziewanie mój umysł otrzeźwiał. Zrozumiałem wówczas, że od problemu nie można uciekać, należy go rozwiązać. Człowiekiem byłem inteligentnym, więc gdyby rozwiązanie było oczywiste, wpadłbym na nie wcześniej. Nie wpadłem, gdyż było radykalne. Zobaczyłem to w moich przekrwionych oczach. Zobaczyłem odpowiedź. Zrozumiałem, iż uratować mnie może tylko zbrodnia. Spojrzałem z mojego dziesiątego piętra na ścielące się po horyzont bloki i mały budyneczek, w którym pracowała. Budyneczek, choć mały, nie odejdzie łatwo. Jak zresztą wymagać od czegoś, co już jest martwe, by odeszło? Odchodzenie jest domeną ludzi.

Świat, choć wielki i piękny, dla naszej trójki był zbyt mały. Ktoś musiał odejść. Z racji tego, co uważałem bądź starałem się uważać na temat świata, nie mogłem to być ja. Choć przez kolejne wieczory myślałem nad tym intensywnie, całkowicie szczerze, w głębi siebie nie mogłem pojąć motywacji samobójców. Chciałem być skrupulatny, więc stworzyłem nawet drzewko decyzyjne. Nie zmieniło to nic.

Piłem tę samą tanią whisky co na początku tej historii, kręcąc głową ze świadomością, że nie może to być również ona. Było tak z bardzo prostego powodu: nie ma czegoś takiego jak zabójstwo z miłości. Byłby to oksymoron. Albo rybka, albo pipka. Albo zabójstwo, albo miłość. Tematu nie było co tu drążyć; odpowiedź na jedyne pytanie, które mogłoby w tej kwestii cokolwiek zmienić, znałem aż za dobrze.

A zatem drogą eliminacji… Musiałem go zabić.

Spojrzałem na to swoje przerażające odbicie, jakbym chciał zapytać: czy ja naprawdę o tym pomyślałem? Patrzyłem tak i patrzyłem w bezruchu chyba z pięć godzin. Lub z pięć minut, jednak to bez znaczenia. Najważniejsze było to, że postać po drugiej stronie lustra była tak absolutnie, bezgranicznie pewna. Rozważyła okoliczności. Rozważyła spektrum tego uczynku. Sięgnęła w głąb siebie, by zastanowić się nad tym, czym jest zbrodnia. Co oznacza ona dla człowieka, który nigdy jej nie popełnił. Co oznacza dla innych. Co oznacza moralność. Te wszystkie kwestie o tak wielkiej wadze, o największej wadze. Kwestie kluczowe dla naszego istnienia. Postać ta to rozumiała, była w pełni świadoma, ale jej wzrok, choć zmęczony, nie stracił na zawzięciu. Akceptując cały bagaż, jaki z tym przyjmie, wciąż tego pragnęła. W tak przerażający sposób nie czuła żadnego zwątpienia. W przerażający, bo czuła je na każdym kroku, przez całe życie, aż do tej chwili. Co więcej, nie widziała w tym furtki do odzyskania ukochanej osoby, nie, nie była aż tak naiwna. Zaakceptowała ten fakt, więc nie miał to być akt zemsty. To miała być desperacka próba przetrwania. Ostateczny akt, który ją wyzwoli od rozpaczy. Który pozwoli jej znów złapać powietrze pełną piersią, pozwoli jej istnieć. Pozwoli zasnąć spokojnie. Ona naprawdę święcie w to wszystko wierzyła. I patrzyłem tak na tę postać, a ona była mną. Nie było alter ego, nie było żadnego wewnętrznego demona. Wyłącznie ja sam. Bo czy byłym samotny, gdyby było inaczej?

***

Pozostało jedynie wszystko zaplanować. Jedynie lub aż. Wiedziałem, gdzie pracuje. I wiedziałem, gdzie mieszka, więc zacząłem go śledzić. Kiedy spojrzałem na niego pierwszy raz od czasu, kiedy odeszła, serce podeszło mi do gardła. Był on, warto zaznaczyć, całkowicie zwyczajny. Ani wysoki, ani niski. Ani przystojny, ani brzydki. Zdawałoby się – nudny.

Podążałem za nim zakapturzony. Chyba nie zwracał uwagi na innych ludzi, jak gdyby ich nie widział. Wszystko wskazywało więc na to, że mnie też nie dostrzeże. Tak się stało. Bezkarnie podążałem za nim godzinami tego i kolejnego dnia. Po pracy szedł z reguły do dużego supermarketu mieszczącego się niedaleko. Z zakupami pakował się w autobus i wracał do mieszkania znajdującego się na drugim końcu dzielnicy. Do klatki wślizgnąłem się pod pretekstem zostawienia w skrzynkach ulotek. Był jeszcze na schodach, gdy na nią wszedłem. Podążyłem za nim w górę. Nasłuchując, zachowywałem piętro odstępu. Mieszkał na czwartym, a mimo to nie pojechał windą. Głupi czy wysportowany?

Łaziłem za nim tak kilka kolejnych dni. I jak gdyby zapomniawszy, czemu to robię, nieracjonalnie doznałem ciężkiego szoku w momencie, w którym się pojawiła. Uśmiechnęła się zdecydowanie za pięknie, dała mu krótkiego całusa, a potem usiedli przy stoliku kawiarni. Kelnerka zjawiła się po chwili, ale ja nie mogłem obserwować dłużej. Uciekłem, czując, jak z głowy w dół ciała spływa mi jakiś spazm, a potem coś chwyta mocno moje wnętrzności w garść i zgniata je w jedną mięsistą kulkę. Ukrywszy się kilka ulic dalej, przetwarzałem ten stan. Rzeczywistość po raz kolejny wylała na mnie kubeł zimnej wody, która rozrzedziła trochę ten romantyzm. Panika ustępowała innemu uczuciu. Zobaczyłem je gdzieś w głębi siebie; chwyciłem ten wystający koniuszek i pociągnąłem. Wścieknij się, wścieknij się, wścieknij się.

No i wściekłem się po raz drugi. Przypomniałem sobie, co się stało. Zrozumiałem, iż romantycy w napadach swojego smutku zupełnie zapominają o jego powodach. Wzdychamy do idei, do obrazu w naszej głowie. Rzeczywistość przestaje mieć znaczenie. Ego, ego, ego. Niech mnie uratuje ego.

Kolejne dni wyglądały podobnie. Śledziłem go i szybko zrozumiałem, że jego rutyna jest dość nieskomplikowana, a lista miejsc, w których bywa, dość krótka. Była to praca, hipermarket, trzy bary, od czasu do czasu kino. Był też raczej typem samotnika wycofanego ze społeczeństwa. Faktycznie spotykał się ze znajomymi, spotykał się z nią, jednak miałem nieodparte wrażenie, że trzyma cały świat na dystans. Łażąc za nim przez następny tydzień, a potem kolejne, czułem się, jakbym zaczynał poznawać go lepiej. Wcześniej znałem go bardziej z opowieści. Teraz czułem, jakbyśmy znali się od dawna. Z całą pewnością mieliśmy wspólne mianowniki. Zwłaszcza jeden.

Złość w jakiś błogosławiony sposób nie opuszczała mnie jednak, a moja przyszła zbrodnia stała się moim życiowym celem. Stała się czymś, w co zaangażowałem się bardziej niż w cokolwiek innego przez całe moje życie. Moje mieszkanie tonęło w kartkach, na których rozpisywałem ewentualne scenariusze, pomysły, konsekwencje. Miałem wiele pomysłów – tylko ich jakość pozostawiała wiele do życzenia. Myślałem o siekierze wyjętej zza pazuchy, ale to zbyt raskolnikowowe. Myślałem nad ogłuszeniem go, zapakowaniem w bagażnik i wywiezieniem do lasu. Nie miałem jednak samochodu ani prawa jazdy. Chciałem ukraść chemikalia z Uniwersytetu Medycznego i zatruć jego catering. Zamawiali go jednak grupowo i zabiłbym jeszcze nie tego, co trzeba. Zobaczyłem oczami wyobraźni, jak pocieszny Mietek z księgowości przez przypadek wsuwa schabowego pełnego cyjanku i aż lekko posmutniałem.

Mogłem po jednym z jego wieczornych wypadów zakraść się, gdy będzie sam, bez świadków, i zarzucić mu garotę ma szyję. Mogłem dźgnąć go nożem...

Nożem...To takie barbarzyńskie. To takie brudne. Brutalne. Czy to nie zbyt dużo? Spośród wszystkich sposobów morderstwa miałbym ja, nie da się ukryć laik w temacie, wybrać nóż? Metodę wymagającą precyzji? Doświadczenia? Niezłomnej psychiki? Jest to zupełnie pozbawione logiki.

Zabiję go więc nożem. Skoro jest to czyn tak ostateczny, powinienem się zmierzyć z dokonaniem go bez taryfy ulgowej. Powinienem spojrzeć mu w oczy, a potem wysilić się, namęczyć fizycznie i mentalnie. Poczuć to zabijanie w pełnym spektrum. Może żeby jednocześnie samego siebie ukarać trochę za ten czyn? Już z miejsca? Nie czekając na karę psychiczną, a może i społeczną, która przyjdzie potem. Słyszałem wyraźnie, jak jakaś część mnie mówi do mnie: „chcesz zabić, sukinsynu? Chcesz targnąć się na życie? Taki jesteś? Dobrze, bardzo proszę. Zrób to. Ale nie, nie nie... Niczego sobie nie ułatwisz. Nie pójdziemy na skróty. Ubijesz go własnymi rękami jak zwierzynę. Masz sklep wojskowy. Masz książki o kryminalistyce. Masz internet. To twoje jedyne narzędzia. Użyj ich. A potem idź i weź odpowiedzialność za swoje myśli, za swoje pragnienia, za swój chory tok myślenia”.

***

Zabiję go nożem. Patrzyłem przez moje kuchenne okno z dziesiątego piętra. I miałem ikarowy sen, kiedy obserwowałem ten nasz szarobury świat. Myślałem o tym, jaki daltonizm mnie dopadł, odkąd jej nie ma. Jakie poczucie bezsensu.

Jednak ta fascynacja wysokością, zachwyt tym, że z góry wydaje się to wszystko maluczkie, koił moją krwawiącą duszę, a papkę, która została po moim sercu, lepił na moment w jakiś przyzwoity kształt. Jak już mówiłem, było to pierwotne – to zahipnotyzowanie światem oglądanym z góry. Pierwotność zatem miała się stać dla mnie wybawieniem, bo czym jest ten nóż, jeśli nie tak wyraźnym, banalnym wręcz, jej symbolem. Myślałem o człowieku, który wykonał pierwszy nóż, o tym, co czuł, gdy pierwszy raz w jakiejś zimnej jaskini, w burzliwą noc lub też w parnym, wilgotnym upale pośród zarośli po raz pierwszy użył go jako narzędzia zapewniającego przetrwanie. I ja tego tylko chciałem. Przetrwać jakoś w tej jaskini, w tych zaroślach, w tym mieszkaniu na dziesiątym piętrze, co w nim nie wytarłem ani razu kurzu na półkach, odkąd odeszła. Co się w nim walają jej golfy, majtki, bluzki. Co się w nim zdjęcie w niebieskiej ramce rozpływa i materializuje zaraz z powrotem. I co się magicznie przykleiło do półki, może od tego kurzu jakoś, nie wiem.

No i tak się składa, że przecież złożę ofiarę. Nie z tego głąba, co go wypatroszę jak prosiaka, lecz z siebie samego będę składał. Obrzęd, którego uczestnikiem jest moja dusza, moje sumienie, moja dobroć. Bo złożyłbym tak czy siak, zabijając. Ale robiąc to nożem? To się składa wszystko w idealną, tragiczną całość. Składam moją ostateczność. Składam moją prawdziwość. Moją szczerość. Oto, co składam w ofierze.

Bo wy nie wiecie może jeszcze, lecz ja już wtedy wiedziałem, że nóż to jest rozżarzony ogień. Że to jest wiatr, że to jest duch, że to jest męczeństwo i ofiara, i mord. Że to jest wiarołomność, skrytobójstwo, morderstwo. To jest mięsożerstwo. To jest męska zasada i męski fallus. Wiem, że o innego niż męski trudno, lecz nie w tym rzecz. Rzecz w tym, że te puzzelki, co był symbolami, mi się układały w ten wyraźny obraz i naprawdę chciałem to zrobić. Naprawdę czułem, że tego potrzebuję.

Stałem się nowym sobą. Stary ja by się zastanawiał, jaki nóż wybrać, przez długie dni. Zastanawiał i zastanawiał, aż by nie wybrał nic. Nowy ja polegał na instynkcie. I zakupił nóż marki Kandar, który nazywał się Gold Serrated, bo na swojej drewnopodobnej rękojeści miał autentycznie złote zdobienia. Czarna klinga tuż przy rękojeści miała trochę ząbków. Głownia była lekko zakrzywiona. Klinga, dochodząc do głowni, przechodziła w nią nieregularnym, falowanym kształtem. Był piękny.

Okradłem Uniwersytet Medyczny z fantomu. Ktoś zdecydowanie powinien bardziej pilnować, co się stamtąd wynosi. Poświęciłem kolejne tygodnie na studium zadawania śmierci nożem. Czytałem o tym, jak ciąć i kłuć, by dosięgnąć tego, co dla naszego funkcjonowania jest kluczowe. W swoich własnych oczach stałem się wirtuozem w chlastaniu manekina moim zjawiskowym kandarem. Czy byłem nim w istocie, nie miało dla mnie większego znaczenia. Czułem się gotów. Czułem dreszcze powodowane połączeniem stresu i ekscytacji. Czułem dreszcze na myśl o punkcie kulminacyjnym tej smutnej historii. Bo ten mój żal, ta moja żałoba tak strasznie mnie wymęczyły, wypompowały ze mnie energię niemal do cna. Ale jeszcze tylko chwila. Jeszcze tylko moment i jej ostatnią dawkę wykorzystam na mój szaleńczy plan. A potem odpocznę.

***

I wtedy obudziłem się. Leniwie uniosłem powieki. Poczułem ciepło. Ciepło drugiego ciała. Jej głowa spoczywała na mojej piersi. Usta miała rozchylone i lekko, rzekłbyś, wybałuszone. Włosy w nieładzie, wchodziły mi to do nosa, to do ust. Żeby wyciągnąć rękę i się podrapać, musiałem wykonać gimnastykę, jakąś jogę wręcz, tak się wokół siebie zaplątaliśmy przez noc. Bo zawsze to ciało było jedno przy drugim. Nasz wspólny czas biegł do przodu, a to ciało wciąż przy ciele. Nigdy zbyt daleko. Nigdy bez czucia się nawzajem.

Spróbowałem powoli przenieść jej głowę na poduszkę. Wkładałem w tę czynność całą delikatność, na jaką tylko mogłem się zdobyć. To zjawisko – ona pogrążona we śnie – urastało w moich oczach do rangi niemal świętości. Jak tak na nią patrzyłem, dopadały mnie wyrzuty sumienia, a wszystko, co kiedykolwiek zrobiłem źle, uwypuklało się; może tego akurat dnia zanim zasnęła mogłem powiedzieć jej więcej, może tego akurat dnia mogliśmy przeżyć więcej. Ale dopadało mnie też uczucie wdzięczności. Coś, czego nie odczuwa się na co dzień, żyjąc z kimś. Nie myśli się o tym, że ma się coś wspaniałego, że jest się szczęściarzem. Świat pędzi zbyt szybko, by był na to czas. Jednak gdy patrzysz, jak śpi, nagle dopada cię oświecenie, nagle uzmysławiasz sobie wszystko, spływa na ciebie ta prawda. Patrzyłem na jej delikatne rysy twarzy, na każdą niedoskonałość cery, która widoczna była przez brak makijażu, a prawda na mnie spływała, kapała na głowę. Może dlatego właśnie obchodziłem się z nią podczas snu jak z jajkiem, jak porcelanowym naczynkiem – miałem wrażenie, że jej przebudzenie byłoby jakąś ostateczną tragedią, kataklizmem.

Ale ona się przebudziła, zawsze się przebudzała. Przeciągnęła się i rozchyliła lekko powieki.

– O, cześć – powiedziała zaspanym, wysokim głosikiem. – Co robisz?

– Ciiii. To ci się tylko śni.

– Mhmmmm – odparła i zamknęła oczy.

Miałem ochotę wybudzić ją jeszcze raz i opowiedzieć, jaki miałem straszny sen. Zawsze opowiadałem. Jeszcze w łóżku.

„Śniło mi się, że mówisz, że mnie nie kochasz, że nie widzisz w nas rodziny, choć parę miesięcy temu mówiłaś mi, że nią jesteśmy”.

Uch, koszmar. Ale ciii, spokojnie, to ci się tylko śni.

Dobrze, że jestem tu, gdzie jestem, z tymi dwiema kawami. Postawię ci na szafce przy łóżku, żeby zapach cię wybudził. A jak nie wybudzi, to się wkurzę i sam wybudzę, bo nie po to robię, żeby ostygła. Koszmary są dobre, bo ostatecznie pozwalają czuć ulgę. Lubię moją ulgę. Koniec.

***

Nie, jednak nie. Nie kończą się, bo przebudzenie we śnie to była mara, sen we śnie, najgorsze z najgorszych. Obudziłem się w dzień, w którym miałem zbrodnię do dokonania.

I potem czasoprzestrzeń się zagięła, rozmazała i zakręciła w tego bohomazowego ślimaka niczym zdjęcie w niebieskiej ramce. I nie wiedzieć kiedy byłem już tam, w jego klatce. I nie pamiętałem nawet, jak tam wszedłem. Wiedziałem tylko, że chwilę po nim, jak wtedy z fortelem ulotkowym. I jak wtedy zachowywałem odstęp piętra. Nasłuchiwałem i szedłem wyżej. Był pijany, a nie jechał windą. Sapał trochę, ale szedł piechotą. A ja za nim. Też trochę pijany. Też trochę sapiący. On jednak chyba nie czuł, że moje sapanie jest jak oddech śmierci na jego karku. Jakby ktoś mnie z boku widział z tymi kropelkami na czole, pewnie też nie wziąłby mnie za wysłannika Żniwiarza.

Zamknął drzwi do mieszkania i nie przekręcił zamka. Wtedy nie miałem na ten temat żadnej refleksji, żadnej myśli, jaki ze mnie szczęściarz, że na drugim tak zachciało mu się sikać, że gdy tylko wszedł do mieszkania, pomknął prosto do kibla. Taki już byłem, że w jakimś półśnie szedłem przez życie, licząc, że los da. I los dał.

Lewą ręką nacisnąłem pewnie klamkę i wszedłem do mieszkania; w prawej trzymałem nóż, co się nazywał Kandar Gold Serrated. Drzwi od łazienki były otwarte na oścież. Stojąc plecami do mnie i trzymając się za fiuta, odwrócił nerwowo głowę, prezentując profil. Rzuciłem się pędem w jego stronę z nożem w gotowości. Potknąłem się jednak o trampki zostawione na środku korytarza. Skurwiel w całej tej sikowej desperacji musiał jeszcze zdjąć trampki?

Tracąc zupełnie równowagę, uderzyłem głową o ścianę i zwaliłem się na podłogę. Podbiegł do mnie z rozpiętymi spodniami i, celując zapewne w głowę, nie trafił i kopniakiem wybił mi mojego Kandara z dłoni. Zamiast kopać dalej, jakoś zamarł na krótką chwilę, więc odturlałem się, na ile się dało w tym korytarzu, i oparłszy się plecami o ścianę, wróciłem do pozycji stojącej. Patrzyła na mnie twarz zaczerwieniona i zszokowana. Mój Kandar poleciał aż pod kaloryfer w dużym pokoju. Patrzył na mnie, nie dowierzając w to, co się dzieje; chciał coś wyartykułować, ale nie dał rady, więc usta drgnęły mu jedynie. Ja też próbowałem, i też nie dałem rady, więc również drgnąłem tylko wargą.

A potem, jako że dzieliło nas niedużo ponad metr, doskoczył do mnie i nieporadnie dał mi po gębie. On. Dał po gębie mnie. Po całym tym czasie. Po wszystkich tych gorzkich myślach, które mu zadedykowałem, to on wymierzył pierwszy cios. Zobaczyłem w myślach ekran na śmierdzącej stęchlizną sali kinowej, na której włożył rękę w majtki mojej niegdysiejszej miłości życia. A jej się to podobało.

Ruszyłem na niego z całym impetem. Byłem trochę większy, więc odczuł to natarcie. Zacząłem uderzać. Równie chaotycznie jak on, tylko mocniej. Z całych sił. Trafiałem i nie trafiałem. I on trafiał mnie i nie trafiał. Nieporadne ciosy, nieporadne bloki, nieporadne uniki. Pulsowała mi skroń i warga. Ale po raz kolejny poprzez naparcie całym ciężarem swojego ciała, tylko trochę mniej wątłego niż jego, wywróciłem go na podłogę. Złapałem go lewą ręką za szyję, trochę jakbym podduszał kochankę. Prawą pięścią zacząłem jednak bombardować mu twarz. Bez celowania. Byleby gęba, byleby głowa, a nie podłoga. Z każdym ciosem bronił się mniej. Moje zmaltretowane kostki porozcinały skórę, krwawił dość obficie. Zamroczyło go. Nie patrzył na mnie. Tak, patrzył gdzieś, nie wiadomo gdzie, a patrzył, jakby nie patrzył na nic.

Wstałem z niego i zatoczyłem się w poszukiwaniu kandara. Choć ledwo widziałem na oczy, dostrzegłem jego złote zdobienia pod kaloryferem w dużym pokoju. Doczłapałem tam i chwyciłem go. Serce waliło mi jak młot, ale czując tę rękojeść w dłoni, przypomniałem sobie, że jestem człowiekiem, który ma cel. Choć raz w życiu ma cel.

– Co ty, kurwa robisz? – usłyszałem.

Otrząsnął się trochę, lecz nie dał rady podnieść. Bardzo powoli odczołgiwał się do tyłu na plecach. Jego twarz była krwawą opuchlizną. Z MOJEJ ręki – abstrakcyjnym dziełem.

– Co? Chcesz mnie tu zajebać tym nożem? – mówił, jakby miał zatkany nos. – Przecież to chore. Stary, kurwa... Sorry, przepraszam... Kurwa... To wyszło... Kurwa, nie rób tego.

– Ale zrobię to. – Zamachnąłem się moim nożem, co nazywał się Kandar Golden Serrated.

***

I potem wszystko prysło. BUM.

Ciii, to ci się tylko śni.

KONIEC

Comments


Subskrybuj bloga i czytaj pierwszy

Dzięki i do kolejnego poczytania!

© 2023 by ENERGY FLASH. Proudly created with Wix.com

bottom of page