top of page

Kufry

  • borowski
  • 31 lip 2020
  • 5 minut(y) czytania

Zaktualizowano: 17 cze 2021





Unosi powoli powieki. Jedną jakby szybciej od drugiej, jakby mocniej. Świat jest pokryty lekką mgłą – jedną nogą wciąż jest w pstrokatej Krainie Snów. I wychodzi niechętnie, bo miał dobry sen. Nie może przypomnieć sobie, o czym, ale w klatce miło mrowi. A w nozdrzach wciąż tkwi przyjemny, lekko kwaskowaty zapach ze snu. To był pachnący sen.

Podnosząc się, prostuje kręgosłup jak strunę. Lubi tak dynamicznie wyjść z Krainy Snów. Odważnie, jak gdyby z wejścia witając się kolejnego dnia z rzeczywistością, chciał pokazać jej, iż ma w sobie energię, chęć do działania. Wolę walki. Nawet jak trochę nie ma, to trochę pooszukuje. Pooszukuje siebie, pooszukuje rzeczywistość i ten kręgosłup, co trochę jest zbyt obolały, żeby się tak prostować znienacka, też pooszukuje. Jego kręgosłup zwykle myśli, że boli, bo dźwiga ciężar. I fakt faktem – dźwiga, ale jak mawiała jego babcia – czasem dla większego dobra trzeba trochę oszukać.

Jego dni pod pewnymi względami za bardzo nie różnią się od siebie – podobnie jak w przypadku innych ludzi. Podobieństwa opierają się przede wszystkim na dwóch rzeczach: tratwach i prądach. Każdy ma bowiem swoją tratwę, którą płynie ze swoim prądem – to banalnie prosta zależność. Nie ma jednak jednego czy dwóch, czy nawet trzech prądów, bo życie to życie, a nie rzeka. Ilu ludzi, tyle prądów. I tak niesie z prądem każdego. Nas, bohaterów, z prądem. Nas, złoczyńców, z prądem. Nas mędrców, nas głupców. Nas mężczyzn i nas kobiety.

I jego niosło. Dzień jak co dzień. Ale ten akurat był jakiś bardziej słoneczny niż inne. Albo to ten sen tak go dobrze nastroił – myślał. Sen, o którym pamiętał tyle tylko, że pachniał... Pachniał jak… cytryna, bergamotka i konwalia. Uśmiecha się usatysfakcjonowany odnalezieniem w głowie większej ilości detali. Zaplata z tyłu głowy palce i opiera się błogo o twardy, duży przedmiot znajdujący się za jego plecami – kufer. Czuje go kręgosłupem, a kręgosłup znowu myśli, że boli. Robi mu akurat za oparcie, ale twardawe oparcie – myśli. I duży ten kufer jak jasna cholera, krowa, nie, MOLOCH wśród kufrów, stwierdza. I mniej się jakoś uśmiecha, i patrzy na inne tratwy, które falują gdzieś tam na horyzoncie. Nie może się oprzeć wrażeniu, że na tamtych pasażerowie jako bagaż wiozą tylko małe fajne walizeczki, co mają po cztery kółka i piękną wyciąganą rączkę, co się nie zacina, jak wyciągasz. Takie bagaże, co są małe, lekkie i przyjemne. A on tu z tym kufrem topornym, nieszczęsnym, dalej z prądem przecina taflę. I niby minie co jakiś czas kogoś, kto też ma kufer, ale jakiś taki mały, jakiś lekki i poręczny, bardziej, rzekłbyś, kuferek.

Drzemie akurat z twarzą skrytą pod słomianym kapeluszem, gdy tratwa znienacka staje. Prąd zniósł go na brzeg, stoi na mieliźnie. Zdejmuje kapelusz, drapie się po czuprynie i myśli: ot mi prąd, kuźwa.

Nim podejmuje decyzję co do dalszych działań, zauważa, iż przy drugim brzegu kogoś spotkało coś podobnego. Trochę daleko ten brzeg, ale widzi, jak dziewczyna stojąca na tratwie podpiera się na biodrach i również planuje dalsze kroki. Na tratwie stoi też drewniany kufer. Ale czy duży, czy mały – trudno orzec. On i tak bardziej się skupia na niej niż na tym kufrze. Patrzy, patrzy i podoba mu się to, co widzi.

Ona po chwili także go zauważa i wysyła mu uśmiech. Uśmiech frunie ponad taflą, jest taką małą kolorową kometą, która dolatuje do niego i uderza go w ramię niczym przyjazny kuksaniec. Odwzajemnia uśmiech – kometa odlatuje na drugi brzeg. Uśmiech jest odrzuconą piłką.

– Zagramy!? – krzyczy do dziewczyny na drugim końcu brzegu.

– Czemu nie! – odpowiada pełna entuzjazmu.

Siadają oboje na skrajach swoich tratw. Patrzy jej prosto w oczy i stwierdza, że muszą mieć niezwykły kształt i intensywny kolor.

– Czy my się przypadkiem nie znamy?! – pyta dziewczyny, trzymając dłonie przy ustach, by ta słyszała go lepiej.

– Owszem, znamy! – odpowiada, a dłonie trzyma tak samo.

– No tak! Już pamiętam!

– Co pamiętasz?!

– Chciałem już z tobą zagrać!

– W co zagrać?!

– No, w to, w co teraz gramy!

– Acha! Ja też pamiętam! Też chciałam z tobą zagrać!

I grają tak dłuższą chwilę ze sobą; chłopak z prawego brzegu, a dziewczyna z lewego. Wydzierają się, aż ptaki odfruwają.

– Fajnie się z tobą gra! – stwierdza on.

– Dzięki! Bawią mnie twoje historie!

– Dzięki! Ale czasami nie do końca rozumiem czemu!

– I ja momentami niewyraźnie cię słyszę! Jakbyś mruczał!

– Ale przecież ja się wydzieram!

– Ale mimo że się wydzierasz, to momentami jakbyś mruczał!

– OK!

Mimo pewnych nieporozumień dalej patrzy na dziewczynę przychylnie. Strasznie podobają mu się te oczy, ale z daleka kiepsko je widzi. Chętnie by dokonał bliższych obserwacji, jednak jakoś mu ciężko. Tratwa twardo stoi na mieliźnie.

– Pociągasz mnie! – obwieszcza. – Ale jakoś tak dziwnie nie mogę z tym nic zrobić! Może nie jestem pewien, czy ja pociągam ciebie!

– Ty też mnie pociągasz! I chociaż chciałabym coś z tym zrobić, to nic nie zrobię ani ci tego za bardzo nie okażę!

– Rozumiem! W takim razie chyba muszę chwilę poczekać, aż zbiorę się na odwagę!

– Mam nadzieję, że nie zajmie to zbyt wiele czasu!

– Ja też! – przyznaję szczerze.

Grają tak jeszcze chwilę piłkami uśmiechu. Moczą przy tym stopy w przyjemnie chłodnej wodzie – czują orzeźwienie. Czas z kolei biegnie dużo szybciej, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać – słońce zmienia położenie. Wtedy on wpada na pewien pomysł. Proponuje dziewczynie, by przesunęli się odrobinę wzdłuż linii brzegowej. Do szerszego przesmyku, w którym obie strony są sobie trochę bliższe. Przystaje na ten pomysł, bo by to zrobić, żadne z nich nie musi ingerować bardziej w prąd, który niesie ich tratwy. Gdy to się dzieje, on widzi, iż intensywność tych oczu jest jeszcze większa, niż przypuszczał. Wprost proporcjonalnie do oczu intensywności nabiera też gra. Cholera, piękne te oczy – myśli, a oczy zupełnie jakby usłyszały tę myśl i śmieją się do niego, błyszcząc. Ta gra jest niezwykle przyjemna, ale i trochę męcząca. W błogim wyczerpaniu patrzą ze swoich tratw na leniwe chmury, wymieniając uwagi.

– Nie spodziewałem się, że podpłynięcie bliżej doprowadzi do takiego miłego rozwoju wydarzeń.

– Mi też się podobało.

– Dalej chyba nie słyszę cię do końca tak dobrze, jakbym chciał. W sumie to nie jestem przekonany.

– Też chętnie usłyszałbym cię lepiej, ale również nie jestem przekonana.

Zamyśla się na moment. Zakłada na głowę słomiany kapelusz, łapie za wiosło i podpływa odrobinkę bliżej. Prąd ciągnie ciężki bagaż. Bliżej nie podpłynie, myśli, tyle wystarczy.

– Ona też łapie za wiosło i po chwili też jest bliżej. Ale nie za blisko. Dopiero teraz widzi, jaki kawał kufra stoi na jej tratwie.

– Nie bolą cię plecy? – pyta ją zaintrygowany.

– Bolą, ale mniej o tym myślę i mówię niż ty – odpowiada.

– Ale ja oszukuję plecy, że nie bolą.

– Nie oszukuj – SAM w to uwierz.

Patrzy na nią przenikliwie, a ona patrzy tak samo. Patrzą tak dość długo. A potem łapią za wiosła i podpływają, a prądy ciągną drewniane kufry – krowy. Męczy to wiosłowanie, bo trzeba się mocno zaprzeć, żeby walczyć z siłą natury. Więc podpływają tylko trochę. Lecz sporo bliżej niż na początku. Na tyle blisko, że już nie trzeba tak bardzo krzyczeć. Ale trochę trzeba, bo wokoło niesie się szum przez te pokrętne prądy, te wodne labirynty. Podpłynęli więc, na ile mogli, a teraz jedno i drugie wspina się na swój kufer. Ona na swoim siada po japońsku niczym posąg, on po turecku, lekko przygarbiony. Siedzą na kufrach, patrzą i czekają.

Commenti


Subskrybuj bloga i czytaj pierwszy

Dzięki i do kolejnego poczytania!

© 2023 by ENERGY FLASH. Proudly created with Wix.com

bottom of page